NAJNOWSZY POST

Od ostatniego wpisu miną niedługo trzy lata. Nie wiem, kiedy tak zleciała moja szkoła średnia, kiedy przygotowałam się do matury i kiedy ją napisałam. Czas jednak nieubłaganie ucieka, a przede mną otwiera się nowy etap.



Zacznę w tym roku życie w nowym miejscu; pięknej i oddalonej od mojego rodzinnego miasta o około 300 km stolicy. Zdecydowanie jest to dla mnie duży krok, więc wiąże się z tym wiele stresu i strachu, ale również ekscytacji oraz szczęścia. Mogę się również pochwalić tytułem studentki pierwszego roku matematyki na Uniwersytecie Warszawskim, z czego jestem bardzo dumna, ale będę jeszcze bardziej dumna, gdy uda mi się na tych studiach utrzymać, co może być nie lada wyzwaniem... Jestem jednak zdeterminowana i pełna motywacji do ciężkiej pracy.

Wraz z "nowym początkiem" chciałabym powrócić do pisania bloga i choć jeszcze do końca nie wiem, jaka będzie jego tematyka, to myślę, że z czasem sama się ona ukształtuje :)

Jesień nadeszła już na dobre... Zaczyna się taki typowo depresyjny nastrój, tzn. "chandra". Myślę, że każdy z nas się z nią kiedyś spotkał lub właśnie go dopadła.


Czytałam kiedyś artykuł, że to nieprawda, że pogoda ma na nas negatywny wpływ, to tylko my, Polacy o wszystko obwiniamy nasz klimat. Nie potrafię się z tym zgodzić... Jakie byłoby inne wytłumaczenie tego, że akurat o tej porze roku ogromny odsetek ludności naszego kraju cierpli na depresję "sezonową"? Rano się budzimy i jest szaro lub zupełnie ciemno, często na dodatek jeszcze leje oraz wieje mroźny wiatr. Wszystko obumiera, a z kolorowych liści robią się brązowe kałuże na chodnikach. I z czego tu się cieszyć?
Z pysznego śniadania, które właśnie zjadłeś/łaś, wypitej dobrej kawy, nowego płaszcza, który kupiłeś/aś specjalnie na tę porę roku, uśmiechu mamy, chłopaka, żony, masz pracę, a przede wszystkim- z tego, że jesteś zdrowy, sprawny i miałeś siłę podnieść się dzisiaj z łóżka.
Łatwo się mówi? Rok temu sama siedziałam po uszy w "chandrze", a dokładnie dwa tygodnie temu szłam w ulewie do domu, miałam parasol, ale lało jak "z cebra", więc łatwo się domyślić, że nie był to zbyt przyjemny "spacer".
Obserwowałam ludzi, którzy biegiem wracają do samochodu, z niecierpliwością stoją w korkach, rozmawiają przez telefon lub idą zamyśleni. I uśmiechnęłam się sama do siebie. Czy oni wiedzą, jak wiele tak naprawdę mają? Doceniają to, a może raczej narzekają na błahostki, takie jak mokre włosy czy 5-cio minutowe opóźnienie?


A Ty doceniasz to, co posiadasz?
Mam nadzieję, że moja dłuższa nieobecność zostanie mi wybaczona. Była ona spowodowana nowym mieszkańcem mojego domu... A dokładnie chodzi o szczeniaka, który jest u mnie od zeszłej soboty. Całą uwagę i wolny czas poświęcam właśnie jemu, ale nie chcę rezygnować z bloga! Notki nadal będą się pojawiać, choć może w nieco większych odstępach czasu.

W tym poście opiszę, co zrobić, by zyskać chociaż parę minut dla siebie. Zachęcam Was jednak do przeczytania ostatniej notki, w której pisałam co nieco o organizacji.



Czas ucieka przez palce, a natłok obowiązków z każdym dniem co raz bardziej nas przytłacza. Zaczynamy zaniedbywać przyjaciół, rodzinę, a nawet samych siebie... To również wpływa na nasze samopoczucie, samoocenę, nastawienie do życia. Tylko jak z tym walczyć?
Uważam, że robienie planu dnia jest bezsensu i mija się z celem. Jak długo będziecie się do niego stosować? Wytrwali może tydzień, ale zwykle rezygnuje się z nich po 1-2 dniach. Nasze życie non stop płynie, często pojawiają się nieoczekiwane wydarzenia. Wymaga to od nas choć odrobinę spontaniczności.
Często również odzywa się w człowieku "leń", który widząc plan dnia, ciągnie nas na kanapę, wmawiając nam, że 5 minut odpoczynku więcej nie zaszkodzi... Zwykle zmienia się to w godzinę albo i dłużej. Po nieudanej próbie wprowadzenia w życie "planu dnia", jesteśmy tak zniechęceni i zdemotywowani, że brakuje nam ochoty na podjęcie kolejnych kroków. Zatacza się koło.



Zamiast planu dnia warto spisać sobie na kartce wszystkie zadania, które musicie wykonać i być skrupulatnym w ich realizacji. Nie odkładajcie na później czegoś, co możecie zrobić teraz! Prawdopodobnie jutro też Wam się nie będzie chciało, a ciągłe myślenie o tej czynności, nie pozwoli się zrelaksować lub odpocząć. Gdy wykonacie to zadanie w tej chwili, później będziecie mieć więcej czasu tylko dla siebie :)

A teraz zastanów się, ile dzisiaj przesiedziałaś/eś bezczynnie na komputerze? Pewnie znasz już tablicę Facebook'a na pamięć... Założę się, że podobnie jest z najnowszymi plotkami o gwiazdach. Tylko PO CO marnujesz na to cenne minuty? Tak bardzo interesująca jest wiedza, co przed chwilą jadł Twój znajomy? W tym czasie mogłeś przeczytać kilka stron książki, gazety, wykonać ćwiczenia, trening lub napisać tego ważnego mail'a, którego ciągle odkładasz na później. Czy seriale, emitowane obecnie w mass mediach, naprawdę są warte Twojej uwagi? Może lepiej zabrać na świeże powietrze zwierzaka i się z nim pobawić? Pobiegać? Wziąć długą, relaksującą kąpiel?
Podczas długiej podróży nie marnuj czasu na ślepe wpatrywanie się w innych pasażerów! Zabierz ze sobą jakąś pracę, lekcje lub ciekawą lekturę.
Kolację zjadasz zamknięty/a w swoim pokoju? Wyjdź do rodziny, zaproponuj wspólne spożycie posiłku. Niezmiernie ważne są relacje z bliskimi, nie zaniedbuj ich!



Zrób sobie dzisiaj mały rachunek sumienia. Ile minut dziennie marnujesz? Ile rzeczy mogłaś/eś dzisiaj zrobić, ale "Ci się nie chciało"? Nie ma na to czasu! Życie ucieka i musisz czerpać z niego jak najwięcej! Obudź się i działaj, to zależy tylko od Ciebie! To TY decydujesz, czy za X lat powiesz sobie, że dobrze wykorzystałeś dany Ci dar, którym jest życie. Zrób wszystko, by właśnie tak było.
Dlaczego wciąż mamy tak wiele obowiązków, a czasu co raz mniej? Odpowiedź jest prosta: źle gospodarujemy naszym czasem. W tym oraz następnym poście postaram się pomóc Wam to zmienić!

Dzisiaj poruszę temat wiecznego zapominania o zadaniach do wykonania, imieninach bliskich, ważnych wydarzeniach.
Ludzie dzielą się na dwie grupy: albo uwielbiamy się z kalendarzem, albo wolimy unikać go jak ognia. Jeśli należymy do tej pierwszej- lepiej dla nas, natomiast osoby, które nie potrafią zabrać się do prowadzenia własnego dziennika, nie muszą się martwić, bo można sobie poradzić bez niego.
Ja z natury jestem dość zorganizowana, uwielbiam sobie coś notować, zapisywać, planować, ale z kalendarzem bardzo się nie lubię. Myślę, że to się zmieni, gdy pożegnam sterty szkolnych zeszytów, ale póki jeszcze się uczę, dodatkowy terminarz wprowadza tylko bałagan i chaos w mojej
organizacji.

Jak więc sobie radzę?
Nad biurkiem powiesiłam dużą tablicę magnetyczną (kupiona w Ikei). Jest to świetna, nowsza wersja tablicy korkowej, ale ta również świetnie się nada. Gdy czeka mnie coś ważnego, o czym obowiązkowo muszę pamiętać, np. wizyta u lekarza, jakieś szkolne wyjście do kina, teatru, zbliżające się imieniny bliskich, zapisuję wydarzenie na karteczce razem z jego datą i przyczepiam do tablicy.

Natomiast zapowiedziane sprawdziany, kartkówki, prace klasowe zawsze notuję dużymi, kolorowymi literami w zeszycie od danego przedmiotu. Podczas zapisywania, mój umysł automatycznie zapamiętuje termin egzaminu. Nie tracę czasu na dodatkowe wpisywanie daty w kalendarzu, bo prawdopodobnie i tak nie będę miała potrzeby do niego zajrzeć.

Gdy mam coś bardzo ważnego, co muszę koniecznie zrobić, przynieść na następny dzień, a nie mogę tego wykonać w danej chwili, ustawiam przypomnienie w telefonie z alarmem na godzinę, o której jestem pewna, że będę w domu. Jest to choćby zabranie pieniędzy, by zapłacić coś w szkole lub spakowanie czegoś do torby. Jednak uwaga! BARDZO ważne jest wykonanie czynności w momencie, gdy uruchomi się alarm. Jeśli wyłączycie go i powiecie sobie "zrobię to za 5 minut", na 99% kompletnie zapomnicie, że cokolwiek musieliście wykonać.

Dzięki tym prostym, a wręcz banalnym krokom pamiętam o wszystkim, co mam do zrobienia i zawsze jestem przygotowana.
Dla osób, które prowadzą regularnie kalendarz i im to odpowiada, jedyną radą jest po prostu skrupulatne zapisywanie w nim wszystkiego, o czym musimy pamiętać.
Wiemy już, jak się organizować, by nie zapominać o istotnych wydarzeniach oraz naszych obowiązkach. W następnym poście opiszę, co zrobić, jeśli brakuje nam czasu na wykonanie tych wszystkich zadań. Zapraszam!

A Wy lubicie prowadzić kalendarz, czy wolicie go unikać?
Od około tygodnia moją głowę zaprzątają pewnie rozmyślania...



W zeszły poniedziałek usłyszałam, że w 2100 roku 50% ludności świata ma chorować na nowotwór. Podobno są to informacje podane przez WHO, ale nie jestem w stanie Wam powiedzieć, czy na pewno prawdziwe. Nie ulega jednak wątpliwości, że rak dotyka co raz większej ilości osób i dzieje się to w przerażająco krótkim czasie. Jeszcze za czasów młodości naszych rodziców, osoba chora na nowotwór była czymś niespotykanym. Aktualnie jest to na porządku dziennym... 
W ten sam poniedziałek rozmawiałam o tym z mamą. Wspomniała wtedy o Ani Przybylskiej... A w niedzielę całą Polskę obeszła informacja, że znana aktorka odeszła... Nie ukrywam, że uroniłam kilka łez i nie dlatego, że jakoś szczególnie ją uwielbiałam. Uważam, że była świetną aktorką, osobą, ale nie śledziłam jej na bieżąco, nie interesowałam się rozwojem jej kariery, itd. Nie mogę nazwać się jej fanką, ale to było dla mnie dużym zaskoczeniem... Przecież dopiero rozmawiałam o niej z mamą, a teraz okazuje się, że zmarła...

Celem tego przydługiego wstępu jest napisanie paru zdań na temat naszego życia...

Jak często narzekacie, że każdy Wasz dzień jest taki sam, beznadziejna pogoda, że znowu musicie iść do szkoły/pracy? 
Nie ukrywam, że mi się zdarza. Jednak gdy pomyślałam sobie o tym wszystkim... Idzie się do lekarza i dostaje "wyrok"- myślę, że tak to można nazwać... Wraca się do domu po to, by spakować się i teraz zamieszkać w szpitalu. Chemioterapie, ból, cierpienie, a do tego potrzebna jest ogromna siła, by walczyć... Podziwiam takie osoby za determinację i właśnie tę siłę. W takim momencie one marzą o tej zwykłej, szarej, monotonnej rzeczywistości. O zwykłym dniu w pracy, spacerze (nawet w deszczu!), wszystko co do tej pory było "normalne", staje się pragnieniem. Nie liczy się dla nich wygląd, waga, to co pomyślą inni... Liczy się zwykła chwila spędzona z rodziną. Każda "głupota" jak wyjście na zakupy, do kina, na basen staje się na wagę złota...
Takie rozważania, choć dołujące, są od czasu do czasu potrzebne... Nie ukrywam, że śmierć aktorki była dla mnie kubłem zimnej wody. Przypomniała, jak wiele mam oraz że powinnam to doceniać. 

A czy Wam zdarza się zapominać o tym, jak wiele macie? Mam nadzieję, że od dzisiaj również zmienicie swoje nastawienie i zaczniecie postrzegać "szarą" rzeczywistość nieco inaczej :)
Chyba nie ulega wątpliwości, że to jak się zachowujemy, wpływa na postrzeganie nas w oczach innych. Dlaczego więc nie zachowywać się jak osoby pewne siebie, skoro tacy właśnie chcemy być?
To dość intrygujące stwierdzenie, ale jeśli będziemy udawać, że jesteśmy pewni siebie, to inni się na to "nabiorą". Pewnie wydaje Wam się, że to nonsens, ale psycholodzy z pewnością mnie poprą.



Nowo poznane osoby nas w ogóle nie znają. Nie wiedzą, czy jesteśmy mili, sympatyczni, a może raczej zarozumiali oraz aroganccy. Kreują naszą osobowość na podstawie tego, co widzą. Na to składa się wygląd, zachowanie, gesty, ruchy, a nawet ton głosu.
Według mnie ludzie, którzy twierdzą, że w ogóle nie zwracają uwagi na wygląd albo kłamią, albo są w błędzie. Każdy człowiek jest wzrokowcem i najpierw na podstawie tego co widzi, czasami może podświadomie, ale jednak, osądza daną osobę. Oczywiście później poznajemy ją bliżej, jej charakter, prawdziwe cechy i często zmieniamy zdanie, ale czasami ciężko jest zmienić pierwsze odczucia.



Do tego dochodzi kwestia pierwszego wrażenia. Podobno jest ono jednym z najsilniejszych czynników, wpływających na nasz odbiór innych osób. Trwa od 15 do 30 sekund. Ta krótka chwila jest niesamowicie istotna w kontaktach z drugim człowiekiem.
Mowa ciała może nas zdradzić, ale jeśli nauczymy się ją dobrze wykorzystywać, będziemy mogli dzięki niej wiele zyskać.
Gdy udamy, że jesteśmy pewni siebie, tak "zaszufladkują" nas nowo poznane osoby. Będą nas w ten sposób postrzegać i traktować, krótko mówiąc: nabierzemy je! A z czasem sami zaczniemy się na to nabierać... Wiem, że wydaje się to niemalże niemożliwe, jednak... to naprawdę działa!



A więc jak się zachowywać, by zostać tak odebranym?


  • Przede wszystkim bardzo ważna jest wyprostowana postawa ciała, głowa do góry (nie patrzymy w podłogę!) oraz pewny krok. Niby banalne, ale bardzo trudno jest wejść w ten sposób do nowego miejsca, szczególnie gdy jest tam mnóstwo obcych ludzi... Trzeba jednak przezwyciężyć strach.
  • Kolejnym, bardzo istotnym elementem jest oczywiście uśmiech, o którym nieco więcej pisałam tutaj. Dzięki niemu nikt nie pomyśli, że jesteście zarozumiali, a otwarci oraz pewni swojej osoby. 
  • Gdy już zaczniecie z kimś rozmowę, podtrzymujcie kontakt wzrokowy. W ten sposób pokażemy, że mamy własne zdanie, znamy swoje racje i nie damy "wejść sobie na głowę". W przeciwnym wypadku zdradzimy swoje zdenerwowanie, niepokój, niepewność. 
  • Podejmujcie decyzje! Oczywiście nic nie narzucajcie, ale jeśli ktoś Was spyta, dokąd pójdziecie lub co zjecie, nie odpowiadajcie "nie wiem", "wszystko mi jedno", "obojętnie, Ty zdecyduj", "ja się dostosuję". Super, że jesteście w stanie poświęcić się dla innych, jednak jeśli macie na coś ochotę, to stanowczo to wyraźcie. Taka postawa również świadczy o pewności siebie. 
  • Nie zapominajcie, że jesteście wyjątkowi! A jeśli wciąż w to nie potraficie uwierzyć, zapraszam Was do przeczytania posta o samoakceptacji.
Mam nadzieję, że od dzisiaj zaczniecie pracę nad swoją mową ciała. Powodzenia! :)



Ostatnio poruszyłam temat celów i marzeń. Dzisiaj powinna być jego kontynuacja, jednak chciałabym wspomnieć o czymś innym, co tylko troszkę nawiąże do marzeń :)


Myślę, że z naszymi największymi pragnieniami powinno być podobnie, jak z celami. Marzmy o dużych rzeczach, ale równocześnie nie zapominajmy o nawet najmniejszych drobnostkach... Dlaczego to takie ważne?
Dużo się teraz mówi o tym, że należy doceniać w życiu te małe rzeczy. "Carpe diem" pisał Horacy, choć w obecnych czasach jest to bardzo trudne. Co raz częściej spieszymy się, gdzieś biegniemy, czas przepływa nam przez palce, a my nawet nie wiemy kiedy... Niestety wymaga tego od nas rzeczywistość... Dużo obowiązków, pracy, nauki. Brakuje nam czasu na zatrzymanie się, znalezienie chwili dla siebie, a o przyjemnościach już w ogóle nie ma mowy!


Ale czy na pewno?
Ile czasu dziennie spędzasz bez sensownie przeglądając tablicę facebook'a? Oglądaniu bezsensownych seriali? Ile czasu zajmuje Ci bezczynne czekanie na przystanku autobusowym? Podróż autobusem? Jak wiele minut marnujesz w ciągu dnia?
Jestem przekonana, że gdyby to wszystko zsumować, wyszłaby minimum godzina tylko dla Ciebie. Godzina na odpoczynek, relaks z dobrą książką w ręku, długą kąpiel, aktywność fizyczna, spacer lub po prostu spędzenie czasu z rodziną.
Może warto czasami przejść się pieszo? Twój organizm świetnie na tym skorzysta, spacerowanie odpręża umysł, a po sobie wiem, że czasami jestem szybciej w domu "na nogach", niż autobusem. Jeśli zbyt duża odległość na to nie pozwala, warto zabrać ze sobą jakąś ciekawą lekturę na drogę.


Myślę, że o organizacji czasu jeszcze będę miała okazję pisać, chciałabym teraz powrócić do kwestii małych przyjemności oraz "chwytania dnia".
Pewnie niektórym trudno w to uwierzyć, ale nawet w tym biegu często przeżywamy radosne, miłe chwile, ale nie potrafimy ich docenić.
Wiecie, że badania dowodzą, że nasze poranki często mają wpływ na resztę dnia? Sprawmy więc, by były one dla nas czymś pozytywnym. Dla przykładu: myślę, że spokojnie mogę nazwać się kawoholiczką. Uwielbiam ją za jej smak, aromat, uczucie, które ogarnia mnie, gdy zmarznięta biorę pierwszy łyk gorącego napoju. Mnóstwo osób z przyzwyczajenia zaparza ją rano i wypija w biegu, by trochę się rozbudzić. Czy naprawdę nie lepiej wstać 5 minut wcześniej, spokojnie usiąść choć na chwilę, zjeść smaczne, pożywne śniadanie i delektować się jej smakiem?


Co dalej? Przecież trzeba iść do tej okropnej, strasznej, nudnej szkoły (lub pracy)...
Nie da się ukryć, że mało kto lubi tam chodzić i nie każę Wam tego zmieniać! Doskonale wiem jak to jest, gdy w jednym tygodniu skumuluje się kilka sprawdzianów oraz kartkówek. Ma się wtedy wrażenie, że cały świat jest beznadziejny. Okej, jest ciężko, ale przecież w szkole dzieje się też mnóstwo pozytywnych rzeczy. Gdy dostajecie dobre oceny, śmiejecie się ze znajomymi lub dopiero nawiązujecie nowe kontakty. Może ktoś się do Was uśmiechnął i było Wam z tego powodu miło? Czerpcie z tego jak najwięcej!


Ponad to nikt nie ma prostego, usłanego różami życia. Wszyscy mamy większe lub mniejsze problemy, zmartwienia, kłopoty. Każdy z nas czasami pokłóci się z rodzicami albo rodzeństwem, dostanie gorszą ocenę. Są również naprawdę poważne problemy, przez które mamy prawo źle się czuć. Jednak po burzy zawsze- prędzej lub później- wychodzi słońce. Trzeba w to mocno wierzyć, a z tymi drobniejszym trudnościami walczyć, aby je wyeliminować.
A jakie to ma powiązanie z marzeniami? Gdy będziemy marzyć o małych rzeczach oraz realizować te drobne pragnienia, zaczniemy co raz częściej doceniać te radosne chwile w naszym życiu.


Spróbujcie każdego wieczoru przypomnieć sobie coś miłego, co spotkało Was danego dnia. Z czasem docenianie małych chwil będzie co raz łatwiejsze! :)